I to już koniec mojej hiszpańskiej wędrówki. Wracam. Co, jak, gdzie, jeszcze nie wiem. Poweslę się polskim latem i EURO 2012. To dobry moment na powrót chyba w sensie, że się na dzień dobry nie zdołuję wobec tej powszechnej piłkarskiej euforii. Polska rozgrzebanych dróg, niedokończonych inwestycji, ale też kraj rodzinny no i parę wspomnień pozytwnych też się stamtąd ma. Dlaczego wyjeżdżam? Nie odnalazłem się tu. Ładnie, ciepło, ale to jednak obcy kraj. Będę jednak wracał wspomnieniami do Hiszpanii no i czasem coś to wystukam na klawiaturze. Póki co adios Espana!
skomentuj (1)Hiszpania reformami stoi. Reforma prawa pracy, prawa podatkowego i inne. Wszystko by pobudzić zatrudnienie. Gdy ekonomiczny nóż na gardle się czuje to i zapomina się łatwiej o socjalistycznych pryncypiach. Uelastycznienie prawa pracy, ulżenie doli drobnych przedsiębiorców to oczywiste rozwiązania. Płaczą tu i ówdzie, że oto sypie się system zasiłków, że hiszpański cudowny sen dobiega końca. No cóż, żeby wypłacać socjalki potrzeba wysokiego poziomu zatrudnienia, a jak 1/4 dorosłych i zdolnych do pracy obywateli Królestwa Hiszpanii pracy obecnie nie ma to zaczynają się schody.
Z każdym upływającym tygodniem coraz bardziej się cieszę, że tu jestem. Nie sposób się frustrować, martwić gdy słoneczko na przełomie lutego i marca tak ostro świeci. Wciąż jestem blisko polskich spraw i śledzę wszystko. Widok kaprawych buziek rzezimieszków z Rządu III RP wprawia w niejaką konsternację za każdym razem gdy "paczę" w ekran TV, z czasem jednak poczucie, że jest się od tego wszystkiego na bezpieczny dystans pozwala się uspokoić niczym po wypiciu dzbana świeżo zaparzonej melissy.
Tagi: nieruchomości w hiszpanii
skomentuj (2)Ale słonko świeci! Mimo stycznia. Znaczy się zimno. Te cholerne kamieniste podłogi w hiszpańskich mieszkaniach. Latem i fajno, ale zimą? Tu też kurde zima się zdarza. Nie tam jakaś lodowata, śnieżna, zaszroniona ale te 12-13 stopni nocą też przenikają do mieszkań, których jedyną ochronę termiczną stanowią cienkie ściany, okna i gazy z Twojego tyłka. Na próżna szukać pod parapetami ożywczych objęć żeberek grzejnikowych. Po pierwsze wewnątrz parapetów tu nie instalują, po drugie współczesne grzejniki nie mają już w większości "żeberek", a po trzecie nie ma tu żadnych grzejników, chyba, że sam takiego przytargasz i podłączysz do gniazdka.
I już mnie tam nie ma. Znaczy się już czas jakiś. Nie wytrzymałem. Organizm wysiadł. Za głośno, zbyt późne godziny. To rzeczywiście robota góra na rok, potem skumulowane przemęczenie zaczyna sukcesywnie wysysać z Ciebie chęć życia. Zaczynasz nienawidzić klientów i wszystkiego co Ci się napatoczy. Miło mi teraz zaglądać do knajpy jako konsument.
Byłem bez neta miesiąc, a później jakoś wypadłem z rytmu pisania bloga. Czy wpadnę w niego znowu czas pokaże. Knajpiane życie płynie sobie bez większych zakłóceń. Ot co dzień przekonuję się, że świat jest pełen czubków, dziwaków, samotników, palaczy, alkoholików... Wrócił do nas po dłuższym czasie kolega Bart - miłośnik białego wina. Lubię gościa bo ma specyficzne, bliskie mojemu poczucie humoru, tyle, że to wariat, no wariat normalnie. Uodporniłem się juz na jego podpuchy, próby nabrania mnie na "postawienie drinka". Obraża się taki z byle powodu, ale gdybym się przejmował tym czy innymi fochami barowych bywalców szybko by mi odbiło.
Jak już pisałem czasem dochodzi do scysji. Ostatnią mini-rozróbę (zdławioną w zarodku) zafundowało stukilowe dziewuszysko. Nie dość, że głupie i koszmarnie brzydkie to agresywne. Ni z tego ni owego jęła tłuc puszką z Red Bullem o blat baru czyniąc przy tym niejaki rozgardiasz. Zainterweniował ochroniarz. My wcielamy w życie zasady a'la Rudolf Giuliani z Nowego Jorku - zero tolerancji. Zatem Pani ta została poporszona o opuszczenie sali. Gdy John przelał jej drinka ze szklanki do plastikowego kubka na wynos - dziewoja doznała gwałtownych pofałdowań na swojej zwyczajnie gładkiej jak czoło Tomasza Lisa korze mózgowej. Wierzgnęło to to, chlusnęło drinkiem w Johna i poczęła stawiać czynny opór.
Trzeba było to zwaliste, otumanione alkoholem cielsko ciągnąć po ziemii. Zawsze sądziłem, ze tego typu sceny będą mnie bawić, ale tym razem odczuwałem tylko niesmak. Z tego wszystkiego dobre, że owa potworna przedstawicielka części rodzaju ludzkiego nazywanej "płeć piękna" otrzymała długoterminowego bana na wizyty w naszym pubie.
Poza tym niewiele się zmienia. Ludzie wchodzą i wychodzą. Zaglądają marynarze z różnych stron świata - Filipińczycy, Turcy, a nawet Kanadyjczycy się trafili. Jak mam szczęście to trafia się ktoś interesujący w momencie kiedy mam czas sobie z nim pogadać. Jak sobie przypomnę to napiszę. Na razie kończę, ale wrócę niebawem.
Tagi: bar w hiszpanii, knajpiane klimaty, rozróba w barze
skomentuj (5)
Zawsze gdy zaczyna się nowa doba, organizm skądś o tym wie i domaga się snu. A dla mnie to sam szczyt intensywnej obsługi coraz bardziej nawalonych amatorów piwa, nieskomplikowanych drinków i szklaneczki białego czy czerwonego wina. Po grubo ponad miesiącu za barową ladą rozpoznaję twarze, przyzwyczajenia (przynajmniej te związane z napitkami) i jest mi jakoś tak bardziej swojsko.
Na początku, jak to na początku było dziwnie i obco. Zwłaszcza jeden dzień okazał się przykry i wystawił mego nerwa na próbę. W pewnej chwili zza baru wychylił się jeden z tych co czują sie szczególnie uskrzydleni gdy w ich żyłach wre C2H5OH i pochwycił me niczego nieświadome okulary. Spokojny ze mnie człek, nie purpurowieję z byle powodu, ale tym razem szlag mnie trafił. Różne poufałości jestem skłonny zdzierżyć, poklepywanie po plecach, okrzyki "Ej TY!", pogwizdywanie (to ledwo ledwo)... , ale od moich okularów wara. W sukurs przyszedł mi kompan okularo-porywacza i proteza na me oczy, pohańbiona obcymi liniami papilarnymi wróciła na mój nos.
Jakby tego było mało napatoczyła się wesoła gromadka, której zdałem się niesamowicie podobny do popularnego na Wyspach Brytyjskich komika Steve'ego Merchanta. "Steve, nalejesz nam drinka?", "Powiedz kawał Steve". FAK! No i sobie zrobili ze mną zdjęcie jeszcze. Chciałem odmówić, bo jakoś nie miałem chęci żeby robić w kategorii małpki - atrakcji turystycznej, ale jeszcze bardziej od głupich żartów nie lubię małostkowości. Niech mają jełopy jedne. Szczęśliwie poza nimi już nikt inny nie doszukał się podpbieństwa ze Stevem M. w mojej skromnej osobie.
Jakoś tak jestem przeczulony na punkcie indywidualizmu. Z trudem znoszę fakt, że oprócz mnie po świecie chodzi pewnie grubo ponad 1000 Tomaszów Dąbrowskich i ratuje mnie jedynie fakt, że ten banalny zlepek popularnego imienia i nazwiska skutecznie zindywidualizowano rzadkim imieniem Kiejstut. Te same uczucia żywię względem swojej twarzy. Jest k... tylko moja! No bo w sumie - co poza imieniem i naszym pyskiem mamy tylko swojego na tym padole? Czułbym się koszmarnie jako sobowtór jakiejś znanej osoby. Na szczęście ów Steve M., którego namierzyłem nie jest moim ani ja jego sobowtórem. Spora doza podobieństwa, ale daleko od bliźniaczej.
Inna sprawa, że napotykając tyle nowych twarzy jakoś je tak kategoryzujemy i szukamy podobieństw ze znajomymi z przeszłości czy znanych twarzy z TV. Mam takich dwóch samotników co godzinami przesiadują za barem. Jeden Hiszpan, drugi Włoch. Obaj przypominają mi cholerenie mojego kumpla Bartka z Olsztyna. Ta sama łysina i amant-bródka. Wybaczcie, ze nie pamiętam ich imon, ale to jest moją prawdziwą piętą achillesową. Kolega - Włoch wizualnie jest mniej do Bartka podobny, ale sposób mówienia, wylewność i serdeczność po spożyciu zdecydowanie go do niego upodabnia.
Przekrój postaci, osobowości, dziwaków, przeciętniaków w moim nowym miejscu pracy jest niemały. Z czasem będę ich sobie przypominał dokładniej i opisywał.
Tagi: indywidualizm, podobieństwo, bar hiszpania
skomentuj (4)
Ten blog w zasadzie już nie jest o tym co tam na dole napisałem, ale zachowuję ten tekst dla celów archiwalnych. Wciąż będę tu zaglądał, coś pisał. "Mil Lagos", "Medusa" to już wspomnienie i to raczej przykre. Wielki wysiłek, ogrom pracy i "nagroda" w postaci plajty. Nie to, żeby mnie to załamało, ale w jakiś sposób mnie zmieniło. Dla mnie znowu otworzył się jakiś nowy etap życia. Na razie mało z tego kasy, dużo harówki, ale i żadnych stresów. I ten ostatni czynnik póki co jest dla mnie najważniejszy.
Witajcie na moim blogu o zmaganiach z robieniem własnego biznesu na hiszpańskiej ziemi.
Wyjazd z Polski na stałe znaczony często bywa łzami, frustracją, niespełnionymi marzeniami. Nie to żeby mnie te uczucia zupełnie były obce gdy autem zapakowanym po brzegi rodziną i bagażem wszelakim przekraczaliśmy pewnego wrześniowego południa granicę polsko-niemiecką w dalekiej drodze na zachód. Nie będę Wam opowiadać historii biednego Polaka co go złe ludzie pokrzywdzili na obczyźnie. To po prostu historia Polaka, który miał dość polskiej biurokracji i postanowił spróbować robić biznes w innych warunkach niż mu dotąd było dane. Dla porównania choćby, żeby mi kto nie zarzucał potem, że narzekam na swój kraj powodowany typowym polskim malkontenctwem. O co to to nie.
Ten blog to historia tego jak mi to wszystko wychodzi. Własna knajpka nad brzegiem morza Śródziemnego... Brzmi jak spełnienie najpiękniejszych marzeń. Mogę odczuwać satysfakcję, że dopiąłem swego, że knajpka działa. Faktem jest, że rzeczywistość jest daleka od wyobrażeń. Wiele rzeczy okazywało się zupełnie innych niż przewidywaliśmy. Spoglądając zza stanowiska swojej pracy na falujące morze i targane wiatrem liście palm mogę się czasem miło zrelaksować. Prowadzenie własnego baru jest jednak zajęciem dalekim od relaksu nawet w tak sprzyjających okolicznościach przyrody.
Od dawna nosiłem się z zamiarem pisania takiego bloga. Dzieje się sporo, a tylko spisywanie tego na gorąco daje szansę, żeby pewne sprawy nie poumykały. Z czasem pewnie urośnie to do rozmiarów pokaźnej bazy danych o tym co i jak trzeba robić, żeby otworzyć swój własny bar w Hiszpanii. Jeśli komuś zawarte w moim blogu informacje pomogą będzie mi bardzo miło. Może komuś ułatwi zrobienie biznes planu, kogoś innego od szalonego pomysłu zakładania własnego lokalu gastronomicznego w kraju targanym poważnym kryzysem odwiodę.
Jedno mogę obiecać. Nie będzie tu żadnego: "Nie nie rób tego! To bez sensu! Odpuść sobie!"
Każdy decyduje sam, każdy musi sam odpowiedzieć sobie na pytanie kiedy przychodzi ten moment, ze rzucam wszystko w cholerę i jadę robić to o czym zawsze marzyłem. Uda się nie uda... ale czyż nie warto spróbować?