tokida blog

Twój nowy blog

Mój powrót do Hiszpanii nie był łatwy, ale się stało i jestem. Będzie jeszcze czas poopisywać lokalne, codzienne sprawy, ale dziś będzie wpis turystyczny. To czym chcę się z Wami podzielić to krótka relacja z moich równie krótkich bo 26 godzinnych wakacji nad oceanem Atlantyckim. Pojechałem na plażę, spałem w aucie, opalałem się. Brzmi nudno, ale nudno wcale nie było. Wiedziałem, że ok 3km od plaży, do której można dojechać autem, jest inna plażą, gdzie można w stroju Adama i Ewy czerpać radość z piasku, słońca i fal. Nie jestem nudystą, ale akurat tego dnia pomyślałem, że czemu nie? Jestem sam, mogę robić co mi się żywnie podoba. Po ok 45 minutach dotarłem na miejsce po niełatwym, pełnym kamieni wybrzeżu. Ludzi garstka, bo to przecież przed sezonem. Jakaś parka, dwóch facetów. Postanowiłem się ulokować gdzieś na końcu, a tam czekała na mnie fascynująca niespodzianka. Filigranowa, szczupła, pełna energii dziewczyna, która trenowała jogę. Cudownie opalona skóra, zgrabne, wysportowane ciało, małe jędrne piersi, perfekcyjna pupa. Głupio byłoby się tak na nią gapić w tekstyliach więc i ja zrzuciłem krępujące mnie odzienie na piasek i rozłożyłem ręcznik jakieś 10-12 metrów od niej. Nasmarowałem się kremem i jąłem cieszyć się pięknem ślicznej dziewczyny, która robiła, szpagat, stawała na rękach, zdawała się wcale nie przejmować tym co ją otacza. Ze zdumieniem odkryłem,że w tych rajskich, słonecznych okolicznościach to wszystko zaczynało mieć coraz mniej seksualny odcień. To było po prostu śliczne. Dziewczyna na oko w wieku 25, może 27 lat, która zdawała się być absolutnie wolna i szczęśliwa.

Towarzyszył jej pies, któremu rzucała patyk i co jakiś czas spacerowała wzdłuż brzegu. Skorzystałem z okazji i zagadnąłem. Użyłem sformułowania „la pura belleza”, bo też i takie miałem odczucia. W hiszpańskiej telewizji popularny jest program „Adan i Ewa” gdzie ludzie randkują ze sobą na skąpanej w słońcu plaży całkiem na golasa, ale w życiu nie przypuszczałem, że bez żadnego skrępowania i mnie przyjdzie zagadać nagi jak święty turecki do zupełnie nieubranej dziewczyny. To było bardzo swobodne, niewymuszone, acz dziewczyna kiedy się odezwała okazała się nieco mniej powabna. Prosta, sympatyczna – czyli taki typ  niewieści, którego nie da się poderwać na elokwetną gadkę, no chyba, że w jej rodzimym języku, ale ja akurat po włosku marnie gadam. Bo to była Włoszka, jak się okazało, która na szczęście sporo rozumiała po hiszpańsku. Wymieniliśmy parę zdań, ale szybko odczytałem, że czuje się w moim towarzystwie skrępowana, więc nie udało się zainicjować rajskiego romansu. Pozostaje urocze wspomnienie i opalenizna na fragmentach ciała, na które nigdy dotąd słoneczko nie zaglądało :).

Dawno nie pisałem, ale też dawno mnie w Hiszpanii nie widziano, ale jestem znowu, choć na chwilkę, to hiszpańskości zażywam bez umiaru. Co jest dla mnie najbardziej ekscytujące? Plaże? Senoritas? Słońce? Palmy? Tanie wino i cytrusy? Gdzieżby tam. Jestem zakochany w jamon serrano – dla niewtajemniczonych w świńskiej nodze tylnej, albo nieco mniej poważanej przedniej zwanej „paleta”. Cóż takiego niezwykłego w tym świńskim mięsie impregnowanym specjalnie, ale bez uciekania się w chemiczne ulepszacze? Otóż mnie urzekł nie tyle smak co sposób spożywania tego ustrojstwa. Ta noga z bezwstydnie sterczącą raciczką zdobi tysiące hiszpańskich kuchni w specjalnie do tego celu przygotowanym drewnianym stojaku. Skrawa się z tego mięsko w bardzo cienki plasterkach. Jeden za drugim. Widać ciemnobordowe warstwy mięsnego mięsa i bielutkie, tłuściutkie słoninki jedno obok drugiego. Stajesz wobec tego świńskiego rogu (pardon nogi) obfitości i jesz. Nóż w garść i skrawasz z namaszczeniem plasterek, jeden i drugi i wkładasz zdobycz do jamy gębowej. Mniam… Jeszcze jak mniam. To jak z łuskaniem słonecznika czy orzechów, ale nieporównywalnie bardziej wyrafinowane. Samo żarcie gotowych już kawałków to żaden fun i żaden smak. Smakuje dopiero jak włożysz  trud fizyczny w pozyskanie kawałka smakołyku. Tutaj to cieniutki jak dupa węża plasterek czystej wieprzowinki. Smak ma to to ostry, wyrazisty, może nawet zdawać się cierpki, ale i ten tłuszczyk, to mięsko razem dają podniebieniu jedyną w swoim rodzaju rozkosz. Skrawasz tę świńską nogę i skrawasz i przestać nie możesz aż Cię zemdli. To najhiszpańska z hiszpańskich rzeczy jakie mi dane było robić i jakie pokochałem szczerze. W Polsce jamon serrano w formie nogi całej to tylko na Allegro albo w Almie mają i to za bezwstydnie wysokie ceny, ale cóż… Jak sobie takie coś kupię, nawet za 200 czy 300 zł to się będę tym cieszył sam przez kolejne kilka tygodni. Wszak szanujący się Polak czegoś tak egzotycznego jak czyste mięso świńskie nie tknie. Wychowany na spreparowanym, naszprycowanym chemicznym syfem towarze z rodzimych zakładów mięsnych skrzywi się tylko gdy poczuje smak mięsa mięsnego do szpiku kości. Będzie więcej dla mnie :). Mniam!

Chciałbym przestać patrzeć na życie przez pryzmat ekonomii. Tyle zarobiłem, a tyle wydałem, a kraj w którym mieszkam ma taki a taki dług publiczny. No żesz cholera! A życie? Tak po prostu. Normalne sprawy, takie w których wątek ekonomiczny nie jest pierwszoplanowy. ……….. No i widzicie? Nie mogę sobie nawet takich spraw przypomnieć. Jak ładnie napisał Żakowski w jednym ze swoich felietonów zamieniliśmy relacje na transakcje. I chyba niestety tak być musi. Ci co żyli w błogim świecie wyższych wartości: rodzina, sjesta, przyjaciele, biesiady do białego rana są w kłopocie.

Brutalna ekonomia wdziera się z butami we wszystko. Niebawem dosięgnie i ukryte w tropikalnych lasach ostatnie dzikie plemiona. Wszystko ma swoją cenę, wszystko można przeliczyć na pieniądze. Od kiedy jestem w Polsce coraz bardziej utrzymuję się w przekonaniu, że nasza ekonomiczna niewola jest tuż trwała i nic spod jej jarzma wyzwolić nas nie może. Paradoks jest taki, że ta polska bieda, ciągłe niedoinwestowanie, ciągły głód konsumpcji, ten ciągły niedosyt dóbr daje tej biednej, fatalnie rządzonej Polsce przewagę nad żyjącymi ponad stan południowcami.
Oni przesadzili. Wydawali nie swoje pieniądze w infrastrukturę, której nie potrzebowali, a to coś generuje koszty. Gwałtowny wzrost dobrobytu, opieki socjalnej rozleniwił społeczeństwo, dał mu złudne poczucie trwałości tego błogostanu. W Polsce nikt nigdy w żadnym błogostanie nie żył i nie ma nadziei, że żyć będzie. No i to jest okazuje się pozytywne. Cały czas trzeba się zmagać, a dla większości społeczeństwa zwykłe płacenie rachunków i zaspokojanie najpilniejszych potrzeb to już życie ponad stan. Jakie to wyzwala pokłady pracowitości i kreatywności. Hiszpanie czy Grecy tego nie zaznali, a przynajmniej to najmłodsze pokolenie. Jaką oni znajdą receptę na zaciskającą się na ich śniadych gardłach ekonomiczną pętlę? 
Ich standard życia gwałtownie się obniża, to coś znacznie dotkliwszego niż polski brak poprawy standardu. Eksplodują? W gwałtownych demonstracjach i zamieszkach obalą Rząd? Mówi się o płudniowcach, że temperamentni, ale i siestę kochają ponad wszystko. Taka sprzeczność. 
Ja w tym wszystkim też czuję się skonfundowany. Polska prawie niczym pozytywnym po powrocie mnie nie zaskoczyła, a mam w pamięci całkiem przyjazny klimat Hiszpanii nie tylko ten atmosferyczny, ale i społeczny. Mimo to nie myślę o powrocie do Hiszpanii. Miałbym tam sobie trwać i czekać aż kryzysowa kosa dziabnie mnie pod żebro? To już lepiej w Polsce. Tu jest jak i było. Trzeba się zmagać. Walczyć o każdą złotówkę wiedząc, że co by człek nie zdziałał i tak ich będzie za mało. Czy to zabrzmiało pesymistycznie? Zaskoczę Was. Dla mnie nie.

I to już koniec mojej hiszpańskiej wędrówki. Wracam. Co, jak, gdzie, jeszcze nie wiem. Poweslę się polskim latem i EURO 2012. To dobry moment na powrót chyba w sensie, że się na dzień dobry nie zdołuję wobec tej powszechnej piłkarskiej euforii. Polska rozgrzebanych dróg, niedokończonych inwestycji, ale też kraj rodzinny no i parę wspomnień pozytwnych też się stamtąd ma. Dlaczego wyjeżdżam? Nie odnalazłem się tu. Ładnie, ciepło, ale to jednak obcy kraj. Będę jednak wracał wspomnieniami do Hiszpanii no i czasem coś to wystukam na klawiaturze. Póki co adios Espana!

Hiszpania reformami stoi. Reforma prawa pracy, prawa podatkowego i inne. Wszystko by pobudzić zatrudnienie. Gdy ekonomiczny nóż na gardle się czuje to i zapomina się łatwiej o socjalistycznych pryncypiach. Uelastycznienie prawa pracy, ulżenie doli drobnych przedsiębiorców to oczywiste rozwiązania. Płaczą tu i ówdzie, że oto sypie się system zasiłków, że hiszpański cudowny sen dobiega końca. No cóż, żeby wypłacać socjalki potrzeba wysokiego poziomu zatrudnienia, a jak 1/4 dorosłych i zdolnych do pracy obywateli Królestwa Hiszpanii pracy obecnie nie ma to zaczynają się schody.

Różnych zasiłków, dopłat, dofinansowań jest sporo. Szczęściem dla Hiszpanii cudzoziemcy, którzy tu przybywają, przybywają tu w celach turystycznych bądź podjęcia konkretnej pracy. Jeśli są ludzie z góry nastawieni na dojenie socjalek to sobie z Hiszpanią dają spokój, bo co prawda można tu cokolwiek wydusić, ale taka Holandia czy Wielka Brytania dalece są hojniejsze.
Ja na przykład mógłbym starać się o dofinansowanie do wynajęcia mieszkania. Nie robię tego choć miałbym podstawy się o to ubiegać. (jakieś 200 EUR miesięcznie). To kwestia mentalności i światopoglądu. Jako zwolennik wolnego rynku i daleko posuniętego liberalizmu gospodarczego brzydziłbym się sięgać po pieniądze podatników. Bo i niby z jakiej racji? Że mam dzieci? To mój zafajdany obowiązek je utrzymać. 
Mimo wszystko Hiszpanie wyglądają na znacznie pragmatyczniejszych południowców niż Grecy. Lokalnych różnych protestów jest tu sporo i czasem mają gwałtowny przebieg (jak w Walencji), ale zasadniczo pesymizm nie jest aż tak wielki. Buduje się wciąż sporo i to w sektorze prywatnym jak i publicznym. Oczywiście nadal straszą szkielety niedokończonych budów tu i ówdzie, ale to tylko w kiepskich lokalizacjach. Koło mojego osiedla od 3 lat stał korpus pawilonu przeznaczonego na usługi. Od 3 tygodni kręcą się wokół niego robotnicy i wygląda na to, że powstanie jakaś sporej wielkości knajpa. Niedawno 2 km dalej powstało lokalne centrum handlowe z supermarketem, sklepem zoologicznym, fryzjerem, piekarnią, a jeszcze dołączą do nich jedzonko na wynos no i obowiązkowo chiński pchli targ z mydłem i powidłem co mnie akurat nie cieszy. Nie mogę wyjść z podziwu jak łatwo Chińczycy opanowują tym swoim badziewiem hiszpański rynek.
Każdego niemal miesiąca widzę jakiś nowy chiński przybytek czy to handlowy czy gastronomiczny. Jednak co za dużo to niezdrowo. Cenię różnorodność i konkurencję więc ostatnimi czasy omijam chińszczyznę w każdej postaci. Może i inni się do tego zniechęcą i tę skośnooką inwazję jakoś się przyhamuje.
Po dłuższej przerwie wracam do hiszpańskich mediów. Kłopoty z odbiorem Polsatu Cyfrowego sprawiły, że się przerzucam coraz mocniej z Tuska na Rajoya. Po 2,5 roku tutaj z językiem jest już coraz lepiej więc mimo ciągłych braków zrozumienie sensu newsów  telewizyjnych nie nastręcza większych trudności. Grunt to słuchać, słuchać i jeszcze raz słuchać. Inaczej nigdy się nie nauczę hiszpańskiego na zadowalającym mnie samego poziomie.

Z każdym upływającym tygodniem coraz bardziej się cieszę, że tu jestem. Nie sposób się frustrować, martwić gdy słoneczko na przełomie lutego i marca tak ostro świeci. Wciąż jestem blisko polskich spraw i śledzę wszystko. Widok kaprawych buziek rzezimieszków z Rządu III RP wprawia w niejaką konsternację za każdym razem gdy „paczę” w ekran TV, z czasem jednak poczucie,  że jest się od tego wszystkiego na bezpieczny dystans pozwala się uspokoić niczym po wypiciu dzbana świeżo zaparzonej melissy.

Udało mi się złapać tymczasową robótkę. Szczegółów zdradzać nie chcę bo i cholera wie jak dalece skuteczne są organa III RP w tropieniu zbiegłych niewolników (o pardon chciałem napisać „podatników”). W każdym razie coś tam zarabiam i jestem zadowolony, choć wciąż to nie wygląda tak jak to sobie wymarzyłem. Życie płynie Tu bez większych problemów, ot słyszy się o takich czy innych protestach, a to Urząd Miasta zalega z wypłatami dla pracowników i Ci wychodzą na ulice palić materace i je blokować (ulice nie materace ;), a potem zakładają miasteczko namiotowe i okupują okoliczny skwer.
Brzmi znajomo? Wszędzie jest tak samo. Rząd kradnie, kapitaliści wyzyskują, a związkowcy się awanturują. Pozostaje wzruszyć ramionami i iść do przodu. Ja wciąż, niezmiennie podziwiam gładkość i rozmach hiszpańskich dróg. Jak oni to zrobili? Wszak jeszcze 3 dekady temy kozy się pasły na ulicach, a osły i konie biegały luzem po miastach. No i co? Nadal tak jest :), tyle, że są jeszcze te drogi dwupasmowe, z których kopytnych intruzów z wielkim zaangażowaniem przegania Guardia Civil.
Przyglądam się sytuacji w budownictwie i widzę pewne, nieznaczne, ale jednak ożywienie. W atrakcyjnych lokalizacjach inwestycje idą pełną parą, gdzie indziej wciąż wszystko stoi, ale nie sądzę by trwało to wiecznie. Gdy ceny spadną poniżej pewnego poziomu, gorączka złota na hiszpańskim rynku nieruchomości rozgorzeje od nowa. Już teraz naprawdę fajne, duże, trzypokojowe mieszkania w centrach atrakcyjnych turystycznie miasteczek można wyhaczyć za 80 tyś. i mniej EUR. To wciąż nie brzmi jakoś mega atrakcyjnie dla polskiego inwestora, ale jak się przyrówna to do cen sprzed 3, 4 lat gdy ceny nie schodziły poniżej 120 tyś EUR, wtedy już robi się ciekawie.
Na razie, jak dla mnie to wciąż abstrakcja, ale może i ja znajdę sposób by się w świecie tych kryzysowych okazji jakoś odnaleźć. Jeszcze trochę więcej języka hiszpańskiego i będzie dobrze!

Ale słonko świeci! Mimo stycznia. Znaczy się zimno. Te cholerne kamieniste podłogi w hiszpańskich mieszkaniach. Latem i fajno, ale zimą? Tu też kurde zima się zdarza. Nie tam jakaś lodowata, śnieżna, zaszroniona ale te 12-13 stopni nocą też przenikają do mieszkań, których jedyną ochronę termiczną stanowią cienkie ściany, okna i gazy z Twojego tyłka. Na próżna szukać pod parapetami ożywczych objęć żeberek grzejnikowych. Po pierwsze wewnątrz parapetów tu nie instalują, po drugie współczesne grzejniki nie mają już w większości „żeberek”, a po trzecie nie ma tu żadnych grzejników, chyba, że sam takiego przytargasz i podłączysz do gniazdka.

A ja? No cóż staram się funkcjonować w 18 stopnich Celsjusza. Da się przeżyć. Za to jak dzień nadchodzi to słonko świeci prosto w twarz, plecy, dupsko… co tam tylko chcesz. To wystarczająca rekompensata. Jak sobie przypomnę tę polską pochmurność…
Co dalej? No nie wiem. Biegam z cefałkami. Gdzie, jak, to zdradzić za bardzo nie mogę bo skarbówka polska wciąz ma wobec mnie jakieś paranoje. Wiem też, że monitorują sieć w poszukiwaniu śladów mojej działalności. No cóż trzeba się pilnować wobec instytucji, która gotowa opodatkować każde Twoje pierdnięcie. Wciąż coś tam się dzieje administracyjnego względem mojej osoby wedle mojej wiedzy. Biorokraciki zmarźnięte też chcą zasłużyć na pensję to dłubią. Niech im tam. 
Ja się w każdym razie z ES nie ruszam. Dobrze mi tu. Ciepło, słonecznie i drogi dwupsamowe bez kolein. I już jakość życia o 10 susów kangurzych wyprzedza to co pamiętam z PL. Z hiszpańskim też coraz lepiej, a i nad angielskim się pracuje z wolna bo anglojęzycznych to tu nie brak. Jeśli się za jakiś biznes wezmę to związany z nieruchomościami. Kapitałochłonne toto, ale i spodziewna zyskowność większa niż satysfakcjonująca. Trzeba mi nad tym pomyśleć, wszak czas wielkiego kryzysu i krachu na rynku to czas szans dla spryciarzy. O ile się do nich zaliczam to przede mną świetlana przyszłość
.
Dzięki za śledzenie mojego bloga i komentarze. Na razie nie mogę sypać tu konkretami bo i moja sytuacja wygląda póki co na wielce niekonkretną. W każdym razie jeszcze żyję.
Me gusta Espana y quiero quedar aqui tan largo que es possible!!
Ostatnimi czasy, mimo styczniowej pory widzę zwiększony ruch aut z polskimi blachami. Nie turyści to bynajmniej. Czyżby tuskowy raj wyganiał kolejną grupę rodaków fuera?! Jakże to może być? Migracja z „zielonej wyspy” do pogrążonej w głębokim kryzysie Hiszpanii??
Szok i niedowierzanie.

I już mnie tam nie ma. Znaczy się już czas jakiś. Nie wytrzymałem. Organizm wysiadł. Za głośno, zbyt późne godziny. To rzeczywiście robota góra na rok, potem skumulowane przemęczenie zaczyna sukcesywnie wysysać z Ciebie chęć życia. Zaczynasz nienawidzić klientów i wszystkiego co Ci się napatoczy. Miło mi teraz zaglądać do knajpy jako konsument.

Za nową pracą się rozglądam, ale to już zupełnie inna historia.

Byłem bez neta miesiąc, a później jakoś wypadłem z rytmu pisania bloga. Czy wpadnę w niego znowu czas pokaże. Knajpiane życie płynie sobie bez większych zakłóceń. Ot co dzień przekonuję się, że świat jest pełen czubków, dziwaków, samotników, palaczy, alkoholików… Wrócił do nas po dłuższym czasie kolega Bart – miłośnik białego wina. Lubię gościa bo ma specyficzne, bliskie mojemu poczucie humoru, tyle, że to wariat, no wariat normalnie. Uodporniłem się juz na jego podpuchy, próby nabrania mnie na „postawienie drinka”. Obraża się taki z byle powodu, ale gdybym się przejmował tym czy innymi fochami barowych bywalców szybko by mi odbiło.

Jak już pisałem czasem dochodzi do scysji. Ostatnią mini-rozróbę (zdławioną w zarodku) zafundowało stukilowe dziewuszysko. Nie dość, że głupie i koszmarnie brzydkie to agresywne. Ni z tego ni owego jęła tłuc puszką z Red Bullem o blat baru czyniąc przy tym niejaki rozgardiasz. Zainterweniował ochroniarz. My wcielamy w życie zasady a’la Rudolf Giuliani z Nowego Jorku – zero tolerancji. Zatem Pani ta została poporszona o opuszczenie sali. Gdy John przelał jej drinka ze szklanki do plastikowego kubka na wynos – dziewoja doznała gwałtownych pofałdowań na swojej zwyczajnie gładkiej jak czoło Tomasza Lisa korze mózgowej. Wierzgnęło to to, chlusnęło drinkiem w Johna i poczęła stawiać czynny opór.

Trzeba było to zwaliste, otumanione alkoholem cielsko ciągnąć po ziemii. Zawsze sądziłem, ze tego typu sceny będą mnie bawić, ale tym razem odczuwałem tylko niesmak. Z tego wszystkiego dobre, że owa potworna przedstawicielka części rodzaju ludzkiego nazywanej „płeć piękna” otrzymała długoterminowego bana na wizyty w naszym pubie.

Poza tym niewiele się zmienia. Ludzie wchodzą i wychodzą. Zaglądają marynarze z różnych stron świata – Filipińczycy, Turcy, a nawet Kanadyjczycy się trafili. Jak mam szczęście to trafia się ktoś interesujący w momencie kiedy mam czas sobie z nim pogadać. Jak sobie przypomnę to napiszę. Na razie kończę, ale wrócę niebawem.

Zawsze gdy zaczyna się nowa doba, organizm skądś o tym wie i domaga się snu. A dla mnie to sam szczyt intensywnej obsługi coraz bardziej nawalonych amatorów piwa, nieskomplikowanych drinków i szklaneczki białego czy czerwonego wina. Po grubo ponad miesiącu za barową ladą rozpoznaję twarze, przyzwyczajenia (przynajmniej te związane z napitkami) i jest mi jakoś tak bardziej swojsko.

Na początku, jak to na początku było dziwnie i obco. Zwłaszcza jeden dzień okazał się przykry i wystawił mego nerwa na próbę. W pewnej chwili zza baru wychylił się jeden z tych co czują sie szczególnie uskrzydleni gdy w ich żyłach wre C2H5OH i pochwycił me niczego nieświadome okulary. Spokojny ze mnie człek, nie purpurowieję z byle powodu, ale tym razem szlag mnie trafił. Różne poufałości jestem skłonny zdzierżyć, poklepywanie po plecach, okrzyki „Ej TY!”, pogwizdywanie (to ledwo ledwo)… , ale od moich okularów wara. W sukurs przyszedł mi kompan okularo-porywacza i proteza na me oczy, pohańbiona obcymi liniami papilarnymi wróciła na mój nos.

Jakby tego było mało napatoczyła się wesoła gromadka, której zdałem się niesamowicie podobny do popularnego na Wyspach Brytyjskich komika Steve’ego Merchanta. „Steve, nalejesz nam drinka?”, „Powiedz kawał Steve”. FAK! No i sobie zrobili ze mną zdjęcie jeszcze. Chciałem odmówić, bo jakoś nie miałem chęci żeby robić w kategorii małpki – atrakcji turystycznej, ale jeszcze bardziej od głupich żartów nie lubię małostkowości. Niech mają jełopy jedne. Szczęśliwie poza nimi już nikt inny nie doszukał się podpbieństwa ze Stevem M. w mojej skromnej osobie.

Jakoś tak jestem przeczulony na punkcie indywidualizmu. Z trudem znoszę fakt, że oprócz mnie po świecie chodzi pewnie grubo ponad 1000 Tomaszów Dąbrowskich i ratuje mnie jedynie fakt, że ten banalny zlepek popularnego imienia i nazwiska skutecznie zindywidualizowano rzadkim imieniem Kiejstut. Te same uczucia żywię względem swojej twarzy. Jest k… tylko moja! No bo w sumie – co poza imieniem i naszym pyskiem mamy tylko swojego na tym padole?  Czułbym się koszmarnie jako sobowtór jakiejś znanej osoby. Na szczęście ów Steve M., którego namierzyłem nie jest moim ani ja jego sobowtórem. Spora doza podobieństwa, ale daleko od bliźniaczej.

Inna sprawa, że napotykając tyle nowych twarzy jakoś je tak kategoryzujemy i szukamy podobieństw ze znajomymi z przeszłości czy znanych twarzy z TV. Mam takich dwóch samotników co godzinami przesiadują za barem. Jeden Hiszpan, drugi Włoch. Obaj przypominają mi cholerenie mojego kumpla Bartka z Olsztyna. Ta sama łysina i amant-bródka. Wybaczcie, ze nie pamiętam ich imon, ale to jest moją prawdziwą piętą achillesową. Kolega – Włoch wizualnie jest mniej do Bartka podobny, ale sposób mówienia, wylewność i serdeczność po spożyciu zdecydowanie go do niego upodabnia.

Przekrój postaci, osobowości, dziwaków, przeciętniaków w moim nowym miejscu pracy jest niemały. Z czasem będę ich sobie przypominał dokładniej i opisywał.


  • RSS